
Miesiąc Dumy Starokatolickiej jest okazją nie tylko do przypomnienia historii Kościołów, które znamy i którym nadajemy dziś określone nazwy. Jest także dobrym momentem, aby spojrzeć na tych, którzy przez dziesięciolecia pozostawali na marginesie oficjalnych narracji. Jedną z takich grup są tak zwani episcopi vagantes „biskupi wędrujący” czyli biskupi bez stałej jurysdykcji.
Określenie to nie jest neutralne. W literaturze kościelnej i publicystyce bardzo często miało charakter pejoratywny. Oznaczało biskupa działającego poza strukturami stabilnego Kościoła, bez zwyczajnej diecezji lub pozostającego poza komunią z większymi wspólnotami kościelnymi. W praktyce jednak pod tym jednym określeniem umieszczano ludzi o bardzo różnych życiorysach: od osób rzeczywiście nadużywających godności biskupiej, przez duchownych uwikłanych w konflikty kościelne, aż po ludzi, którzy rzeczywiście podejmowali działalność misyjną i tworzyli nowe wspólnoty. Ta różnorodność jest pierwszą rzeczą, o której trzeba pamiętać, bo nie każdy „wędrowny biskup” był taki sam.
Historia chrześcijaństwa zna biskupów, którzy nie mieli klasycznej diecezji, ponieważ ich zadaniem była przede wszystkim misja. W średniowieczu istniała nawet praktyka powierzania biskupom zadań misyjnych poza granicami istniejących struktur diecezjalnych. Dobrym przykładem jest św. Bonifacy, który przez znaczną część swojej działalności funkcjonował jako biskup misyjny bez typowej diecezjalnej struktury. Sam fakt, że biskup nie posiadał diecezji, nie oznaczał więc automatycznie, że był kimś podejrzanym czy niepotrzebnym.
W czasach nowożytnych sytuacja była oczywiście inna. Wraz z rozwojem silnie scentralizowanych Kościołów coraz większe znaczenie zyskiwało pytanie o to, kto posiada prawo do sprawowania urzędu, kto może konsekrować biskupa i kto ma władzę nad określoną wspólnotą.
W XIX i XX wieku pojawiła się jednak szczególna przestrzeń dla biskupów działających poza dotychczasowymi strukturami kościelnymi na zachodzie. Właśnie wtedy rozwijał się starokatolicyzm, a wraz z nim niezależne Kościoły katolickie, które odwoływały się do sukcesji apostolskiej i katolickiej tradycji, ale nie znajdowały się pod jurysdykcją Rzymu ani nie były w Unii Utrechckiej, lub były w niej tylko przez krótki czas.
To z tego świata wyrastają historie takich postaci jak Joseph René Vilatte czy Arnold Harris Mathew.
Biskup Vilatte – od „religijnego awanturnika” do ponownego odczytania historii
Jedną z najważniejszych postaci w historii niezależnego katolicyzmu jest Joseph René Vilatte. Jego biografia przez dziesięciolecia była przedstawiana przede wszystkim jako historia człowieka zmieniającego przynależność kościelną, poszukującego kolejnych dróg
i konsekracji oraz tworzącego własne struktury.
Historia Vilatte rzeczywiście jest skomplikowana. Współpracował z różnymi tradycjami chrześcijańskimi, był związany z belgijskimi katolikami w Wisconsin (USA), otrzymał święcenia kapłańskie w Kościele Starokatolickim Szwajcarii, a w 1892 roku został konsekrowany na biskupa w Kolombo na Cejlonie przez hierarchów Kościoła Malankarskiego, za zgodą patriarchy syryjskiego. Jego konsekracja i późniejsza działalność stały się jednym z ważnych źródeł sukcesji apostolskiej licznych niezależnych wspólnot katolickich w Ameryce Północnej.
Ale właśnie historia Vilatte pokazuje, dlaczego warto uważać na gotowe etykiety.
Alexis Tancibok w swojej rozprawie doktorskiej obronionej na Durham University w 2020 roku podjął próbę ponownego odczytania jego biografii. Zwrócił uwagę, że przez ponad siedemdziesiąt lat Vilatte przedstawiano praktycznie wyłącznie jako „szarlatana” i religijnego awanturnika. Analiza nowych materiałów prowadzi jednak autora do innego wniosku: Vilatte był przede wszystkim misjonarzem, który konsekwentnie próbował realizować własną wizję katolicyzmu i chrześcijańskiej jedności.
Nie oznacza to, że wszystkie decyzje Vilatte należy uznać za słuszne ani że należy bezkrytycznie przyjmować jego własną interpretację wydarzeń. Oznacza natomiast, że jego historia jest bardziej skomplikowana niż polemiczna etykieta “szarlatana” czy „biskupa vagansa”.
Jego działalność pokazuje również coś bardzo ważnego: czasami człowiek pozostający poza wielką instytucją rzeczywiście może stać się punktem wyjścia dla powstania nowych wspólnot.
Vilatte działał w wiejskich regionach Wisconsin, gdzie dla części lokalnych katolików był praktycznie jedyną dostępną formą katolickiej posługi. Kiedy nie uzyskał od starokatolickiej hierarchii europejskiej zgody na konsekrację, szukał innych możliwości. Jego konsekracja w 1892 roku otworzyła drogę do dalszego rozwoju niezależnego katolicyzmu w Ameryce.
Mathew, de Landas Berghes i kolejne pokolenia
Podobnie interesująca jest historia Arnolda Harrisa Mathewa. W 1908 roku został on konsekrowany w Utrechcie przez arcybiskupa Gerarda Gula oraz innych biskupów starokatolickich jako biskup misyjny dla Wielkiej Brytanii i Irlandii. Początkowo był więc częścią oficjalnej struktury starokatolickiej. Dopiero później jego droga doprowadziła do zerwania z Unią Utrechcką i powstania niezależnego od niej organizmu kościelnego.
Historia Mathew również nie jest jednoznaczna. Jego działalność spotykała się z krytyką, a w 1910 roku nastąpiło jego zerwanie z Kościołami kontynentalnego starokatolicyzmu. Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie z jego linii sukcesji wyrosły kolejne wspólnoty i hierarchie niezależnego katolicyzmu.
Jednym z ludzi, których konsekracja była związana z Mathewem, był Rudolph de Landas Berghes. Początkowo miał być biskupem misyjnym dla Szkocji. Wybuch I wojny światowej uniemożliwił mu powrót do Europy i doprowadził do jego działalności w Stanach Zjednoczonych. Tam konsekracja de Landas Berghesa stała się jednym ze źródeł późniejszej historii niezależnego katolicyzmu w Ameryce. W 1916 roku konsekrował między innymi Henry’ego Carforę.
Carfora z kolei przez dziesięciolecia rozwijał struktury North American Old Roman Catholic Church. Niezależnie od tego, jak oceniamy poszczególne roszczenia kanoniczne tych Kościołów, trudno zaprzeczyć, że powstała w ten sposób realna sieć wspólnot, duchowieństwa i parafii.
To właśnie jest jeden z paradoksów historii episcopi vagantes: człowiek, który z perspektywy jednej instytucji może być uznany za „biskupa bez Kościoła”, z perspektywy ludzi, którzy dzięki jego posłudze otrzymali wspólnotę, sakramenty i przestrzeń wiary, może wyglądać zupełnie inaczej.
I właśnie dlatego warto patrzeć na te historie nie tylko przez pryzmat nazwisk biskupów, ale również przez pryzmat ludzi, którzy za nimi stali lub wspólnot, które wyrosły z ich działalności.
Oczywiście istnieją również problemy
Nie oznacza to romantyzowania całego zjawiska. Niezależny episkopat niesie ze sobą realne wyzwania a czasem wprost zagrożenia. Brak struktur synodalnych i mechanizmów odpowiedzialności może prowadzić do nadużyć władzy. Łatwiej może również dochodzić do tworzenia fikcyjnych tytułów, mnożenia jurysdykcji czy traktowania konsekracji biskupiej jako prywatnej prerogatywy. W historii starokatolicyzmu i niezależnego katolicyzmu rzeczywiście znajdziemy przykłady ludzi, których działalność budzi poważne zastrzeżenia i nie ma powodu ich wybielać. Transfery duchownych między jurysdykcjami, które możemy obserwować są często gorszące.
Ale równie niebezpieczne jest stworzenie odwrotnej karykatury: uznanie każdego biskupa spoza wielkiej struktury za oszusta oraz brak zaufania wobec każdego małego Kościoła. Historia jest bardziej skomplikowana. Czasami konflikt z dużym Kościołem wynikał z ambicji. Czasami z błędów. Czasami z osobistych konfliktów. Ale czasami wynikał także z tego, że dana wspólnota lub jej poszczególni członkowie i członkinie, naprawdę nie mogli znaleźć dla siebie miejsca w istniejących dużych strukturach.
Poszerzać namiot
I tutaj dochodzimy do szczególnego znaczenia tych historii w Miesiącu Dumy Starokatolickiej.
Starokatolicyzm nigdy nie był wyłącznie jedną instytucją czy jurysdykcją. Nawet jeśli słowo „starokatolicyzm” bywa używane przede wszystkim w odniesieniu do Kościołów Unii Utrechckiej, historia chrześcijaństwa starokatolickiego jest znacznie szersza. Obejmuje również Kościoły lokalne, wspólnoty, Kościoły misyjne, małe jurysdykcje i ludzi, którzy próbowali zachować katolickość poza dominującymi strukturami. Nie wszystkie te wspólnoty są takie same. Nie wszystkie mają takie same przekonania. Nie wszystkie można uznać za część jednej kościelnej rodziny. Ale wiele z nich powstało dlatego, że ktoś nie chciał zaakceptować przekonania, że dla niego albo dla jego wspólnoty po prostu nie ma miejsca w Kościele Jezusa Chrystusa.
Można powiedzieć, że niektórzy z tych „wędrownych biskupów” pomagali poszerzać namiot. Dzięki nim ludzie mieszkający daleko od centrów kościelnych mogli otrzymać duszpasterstwo. Dzięki nim małe grupy mogły organizować wspólnoty stające się Kościołami. Dzięki nim niektóre idee, liturgie i tradycje przetrwały poza wielkimi instytucjami. A z czasem niektóre z tych małych wspólnot przekształciły się w stabilne Kościoły.
To oczywiście nie jest argument za tym, że każda konsekracja dokonana poza głównym nurtem była automatycznie dobra i prawomocna, ani że każda późniejsza wspólnota jest wolna od problemów. Jest to raczej argument za tym, aby nie wydawać wyroku przed poznaniem całej historii.
Kościół, który rodzi się lokalnie
W tym miejscu warto przywołać słowa prawosławnego metropolity Kallistosa Ware’a, który podczas wykładu w Instytucie św. Sergiusza w 2005 roku mówił o powstawaniu Kościołów lokalnych: „Ani Sobór Ekumeniczny, ani Patriarchat Konstantynopola czy Moskwy, ani żadna inna Kościół-Matka nie może stworzyć nowego Kościoła lokalnego. Najwięcej, co może zrobić, to uznać taki Kościół. Akt stworzenia musi jednak dokonać się in situ, lokalnie, przez żywe komórki eucharystyczne, które stopniowo mają tworzyć ciało nowego Kościoła lokalnego”.
To zdanie jest niezwykle ważne również dla refleksji nad starokatolicyzmem i niezależnym katolicyzmem. Przypomina bowiem, że Kościół nie jest jedynie konstrukcją administracyjną, którą większa instytucja może powołać do istnienia swoim dekretem. Kościół rodzi się z ludzi, którzy wspólnie żyją Ewangelią, sprawują Eucharystię, modlą się i podejmują odpowiedzialność za swoją wspólnotę. Oczywiście kwestia komunii kościelnych, sukcesji apostolskiej, jedności i prawomocności pozostaje ważna i nie można jej pomijać. Ale samo istnienie Kościoła nie zaczyna się dopiero w chwili, gdy ktoś z zewnątrz uzna jego prawomocność. Czasem najpierw pojawia się mała wspólnota wiernych, potem jej życie sakramentalne i misyjne, a dopiero później pytanie o to, kto i w jaki sposób powinien z nią utrzymywać komunię.
Być może właśnie dlatego w historii episcopi vagantes warto dostrzec nie tylko problem, ale również pewien paradoks: niektórzy z tych biskupów, pozostając poza wielkimi strukturami, stali się dla małych wspólnot narzędziem, dzięki któremu mogły one przetrwać, rozwijać się i ostatecznie stać się żywymi Kościołami.
Bóg zna serce
Może właśnie tego najbardziej potrzebujemy, patrząc na historię Kościoła. Potrzebujemy poszukiwania prawdy i gdy trzeba krytyki, ale nie cynizmu. Potrzebujemy umiejętności dostrzegania błędów, ale również gotowości do uznania dobra, które powstało pomimo ludzkich słabości. Nie każdy człowiek, którego wielki Kościół określił mianem „schizmatyka”, był bohaterem. Ale nie każdy był też oszustem. Nie każdy, kto nosił mitrę poza uznawaną strukturą, był „biskupem dla samego siebie”. Niektórzy naprawdę szukali miejsca dla ludzi, którzy nie potrafili odnaleźć się gdzie indziej. Może właśnie dlatego ich historie są potrzebne także dzisiaj. Miesiąc Dumy Starokatolickiej jest przecież opowieścią o różnorodności. O tym, że katolickość może mieć wiele historii, wiele dróg i wiele lokalnych wcieleń. O tym, że mała wspólnota również jest wspólnotą ludzi stworzonych na obraz Boga.
Dlatego spoglądając na episcopi vagantes, nie musimy ani budować im pomników, ani powtarzać bezrefleksyjnie oskarżeń wypowiadanych przez ich przeciwników.
Możemy zrobić coś trudniejszego: poznać ich historie. Oddzielić fakty od legend. Sukces od porażki. Misję od ambicji. Odwagę od lekkomyślności. Dobro od zła. I pozostawić ostateczny sąd Temu, który, w przeciwieństwie do nas, naprawdę wie, co znajduje się w ludzkim sercu.