Utrecht: 302 lata niezależnego katolicyzmu


15 października 2026 roku przypada 302. rocznica konsekracji Cornelisa Steenovena na arcybiskupa Utrechtu. Jest to jedna z najważniejszych dat w historii niezależnego katolicyzmu na Zachodzie i wydarzenie, które po ponad półtora wieku stało się jednym z fundamentów nowoczesnego starokatolicyzmu.

Nie była to jednak data „założenia nowego Kościoła” w znaczeniu, jakie dzisiaj moglibyśmy nadać temu określeniu. Ludzie uczestniczący w tych wydarzeniach nie uważali, że tworzą nową wspólnotę wyznaniową. Byli przekonani, że bronią ciągłości istniejącego Kościoła Utrechtu, jego starożytnych praw i jego prawa do posiadania własnego biskupa. Aby zrozumieć, dlaczego 15 października 1724 roku doszło do konsekracji, trzeba spojrzeć zarówno na historię Utrechtu, jak i na ludzi, którzy znaleźli się w centrum tego wydarzenia.

Kościół Utrechtu bez arcybiskupa

Kościół Utrechtu miał bardzo starożytne korzenie. Jego tradycja sięga misji św. Wilibrorda i chrystianizacji Niderlandów. Przez stulecia był rzeczywistym Kościołem lokalnym, posiadającym własnego biskupa, duchowieństwo, kapitułę i własne struktury kościelne. Po reformacji sytuacja katolików w Republice Zjednoczonych Prowincji stała się bardzo trudna. Kościół katolicki został pozbawiony możliwości swobodnego działania, a po reorganizacji kościelnej Niderlandów Utrecht funkcjonował jako centrum katolickiego życia w warunkach tzw. misji holenderskiej. Nie oznaczało to jednak, że katolicy holenderscy przestali uważać się za część dawnego Kościoła Utrechtu.

Szczególną rolę odgrywała kapituła katedralna. Jej znaczenie nie było wyłącznie administracyjne. Kapituła posiadała historyczne prawo uczestniczenia w zarządzaniu Kościołem i wyborze jego arcybiskupa. Właśnie to prawo stało się jednym z głównych punktów sporu z Rzymem. Konflikt pogłębił się za czasów arcybiskupa Petrusa Coddego. W 1702 roku został on zawieszony przez Rzym, a ostatecznie pozbawiony możliwości sprawowania urzędu. Po jego śmierci w 1710 roku Utrecht pozostał bez własnego biskupa. I tutaj pojawił się problem, który dla Kościoła miał charakter bardzo praktyczny. Bez biskupa nie można było normalnie sprawować wszystkich czynności należących do jego posługi, przede wszystkim udzielać bierzmowania i zapewniać ciągłości święceń. Kościół lokalny znalazł się więc w sytuacji, w której jego przyszłość była zagrożona.

Cornelis Steenoven

W centrum wydarzeń znalazł się Cornelis Steenoven. Był duchownym Kościoła Utrechtu, członkiem jego kapituły, człowiekiem dobrze wykształconym teologicznie i kanonicznie. Studiował w Leuven oraz w Rzymie, gdzie uzyskał doktorat z teologii. 27 kwietnia 1723 roku kapituła wybrała Steenovena na arcybiskupa Utrechtu. Co niezwykle ważne, kapituła nie próbowała od razu zerwać relacji z Rzymem. Przeciwnie, zarówno kapituła, jak i sam elekt zwrócili się do papieża Innocentego XIII z prośbą o zatwierdzenie wyboru. Odpowiedź nie nadeszła.

W następnych miesiącach ponawiano prośby. Szukano również biskupów, którzy mogliby dokonać konsekracji. Problem polegał na tym, że wielu biskupów sympatyzowało z Utrechtą, ale nie chciało narażać się na konflikt z Rzymem. W międzyczasie w Europie toczyła się poważna dyskusja kanoniczna: czy papieskie zatwierdzenie jest konieczne do ważnego i prawowitego ustanowienia biskupa Utrechtu oraz czy w sytuacji, gdy Rzym przez długi czas nie odpowiada, Kościół lokalny może działać dla zachowania własnej ciągłości? Była to realna kwestia prawa kanonicznego XVIII wieku.

Zeger Bernhard van Espen i argumentacja kanoniczna

Jednym z najważniejszych obrońców stanowiska Utrechtu był Zeger Bernhard van Espen, profesor prawa kanonicznego w Leuven i jeden z najwybitniejszych kanonistów swoich czasów. Van Espen oraz inni kanoniści zajmowali się między innymi pytaniem, czy kapituła Utrechtu rzeczywiście posiada prawo wyboru arcybiskupa oraz czy konsekracja wybranego kandydata może nastąpić bez papieskiego zatwierdzenia, jeśli Stolica Apostolska przez długi czas odmawia odpowiedzi.

Powstała wówczas Casus resolutio, analiza prawno-kanoniczna poświęcona właśnie sprawie Utrechtu. Jak pokazuje współczesne badanie Jana Hallebeeka, jednym z jej zasadniczych pytań było czy papieskie potwierdzenie jest koniecznym warunkiem konsekracji biskupa-elekta, a kolejnym – czy w sytuacji braku innych biskupów konsekracji może dokonać jeden biskup. Wcześniejsze rozdziały dotyczyły natomiast samej konieczności posiadania przez Utrecht własnego biskupa oraz historycznych praw tego Kościoła. Argumentacja utrechcka była więc bardziej złożona niż stwierdzenie: „papież nie pozwolił, więc zrobimy to sami”.

Chodziło o coś znacznie bardziej zasadniczego: czy papieska władza może doprowadzić do faktycznego unicestwienia ciągłości Kościoła lokalnego poprzez odmowę święceń jego biskupa, zwłaszcza jeżeli sam Kościół posiada historyczne prawa do wyboru własnego hierarchy? Utrecht odpowiadał na to pytanie przecząco.

Dominique-Marie Varlet

I właśnie w tym momencie do historii wkracza biskup Dominique-Marie Varlet – jedna z najbardziej niezwykłych postaci XVIII-wiecznego katolicyzmu.

Varlet urodził się w Paryżu w 1678 roku. Został prezbiterem, doktorem teologii i misjonarzem. W 1713 roku wyjechał do Ameryki Północnej, gdzie pracował w Luizjanie, między innymi w Cahokii wśród Tamaroa. Parafia, którą tam założył istnieje do dziś w okolicach St. Louis w stanie Missouri. Został także wikariuszem generalnym biskupa Quebecu dla regionu Missisipi i Illinois. Jego doświadczenie Kościoła było więc bardzo odmienne od doświadczenia europejskiej diecezji: ogromne terytorium, niewielka liczba duchownych i konieczność organizowania życia kościelnego w warunkach misyjnych. Później został mianowany biskupem tytularnym Askalonu i przeznaczony do pracy misyjnej w Persji. W 1719 roku otrzymał sakrę biskupią w Paryżu.

W drodze na Wschód zatrzymał się w Niderlandach. Tam zetknął się z katolikami, którzy od wielu lat pozostawali bez biskupa. Udzielił bierzmowania setkom osób, które przez lata nie miały możliwości przyjęcia tego sakramentu. Właśnie za tę działalność znalazł się w konflikcie ze Stolicą Apostolską.

Varlet pozostał w Niderlandach i coraz bardziej angażował się w sprawę Kościoła Utrechtu. Kiedy kapituła szukała biskupa, który mógłby konsekrować Steenovena, Varlet był jednym z nielicznych hierarchów gotowych podjąć to ryzyko. Nie działał jednak całkowicie w próżni. Wielu francuskich biskupów odnosiło się z sympatią do sprawy Utrechtu. W korespondencji pojawiają się między innymi biskupi Montpellier, Senez, Auxerre, Bayeux, Pamiers i Mâcon. Nie wszyscy byli gotowi osobiście dokonać konsekracji, ale sprawa Utrechtu była przedmiotem poważnej dyskusji wśród katolickiego episkopatu Francji.

15 października 1724 roku

Po wielu miesiącach bezskutecznych prób znalezienia rozwiązania kapituła zwróciła się ostatecznie do Varleta. 15 października 1724 roku, o godzinie szóstej rano, Dominique-Marie Varlet konsekrował Cornelisa Steenovena na biskupa, który objął posługę arcbiskupa Utrechtu.

Wczesna godzina nie była przypadkowa. Chodziło o umożliwienie udziału duchownym, którzy po konsekracji musieli wrócić do swoich parafii i sprawować niedzielną liturgię. Konsekracja odbyła się w Amsterdamie, w prywatnej kaplicy, w obecności przedstawicieli kapituły. Wydarzenie to nie było wielką manifestacją polityczną. Było odpowiedzią na problem, który Kościół Utrechtu uważał za kwestię własnego przetrwania. Steenoven został biskupem Kościoła, którego kapituła go wybrała. Varlet udzielił mu sakry jako biskup posiadający ważne święcenia biskupie. Następnie Steenoven poinformował papieża o swojej konsekracji i ponownie prosił o uznanie swojej sytuacji.

Czy było to zgodne z prawem?

Tutaj trzeba być bardzo precyzyjnym. Z perspektywy ówczesnego Rzymu – nie. Papież Benedykt XIII w breve Qui sollicitudini z 23 lutego 1725 roku uznał wybór Steenovena za nieważny, a jego konsekrację za nielegalną i potępił działania Varleta. To jest część historii, której nie należy pomijać. Jednocześnie nie możemy z tego wyciągać wniosku, że w 1724 roku istniała już dokładnie taka sama norma prawna, jaka obowiązuje dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim. Nie istniała. Nie było jeszcze Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 roku. Nie istniał również kan. 953, który stanowił później wprost: Consecratio episcopalis reservatur Romano Pontifici… czyli że konsekracja biskupia jest zastrzeżona papieżowi i żaden biskup nie może konsekrować innego biskupa bez uprzedniego mandatu papieskiego.

Co więcej, w 1724 roku nie istniała jeszcze dogmatyczna definicja papieskiego prymatu jurysdykcyjnego i nieomylności papieża z Soboru Watykańskiego I. Pastor aeternus została ogłoszona dopiero w 1870 roku, czyli 146 lat po konsekracji Steenovena. Współczesna teologia i prawo rzymskokatolickie dotyczące mandatu papieskiego nie mogą więc być bezpośrednio przenoszone do sytuacji z początku XVIII wieku. Utrechcki teolog prof. Peter-Ben Smit zwraca uwagę, że właśnie późniejsze wydarzenia – wprowadzenie nowej hierarchii rzymskokatolickiej w Niderlandach w 1853 roku, dogmat o Niepokalanym Poczęciu w 1854 roku i definicje Vaticanum I w 1870 roku – zmieniły kontekst, w którym Kościół Utrechtu rozumiał swoją relację z Rzymem.

Nie oznacza to jednak, że „w 1724 roku każdy biskup mógł po prostu konsekrować kogo chciał”. Taki wniosek byłby równie nieprawdziwy. Istniały normy dotyczące konsekracji biskupich, istniały wymogi kanoniczne i istniał spór o to, czy Utrecht może działać bez papieskiej zgody. Sednem sporu było coś innego: czy historyczne prawo Kościoła Utrechtu do posiadania i wyboru własnego biskupa mogło zostać unicestwione przez odmowę Stolicy Apostolskiej oraz czy w sytuacji nadzwyczajnej obowiązek zachowania życia Kościoła lokalnego nie uzasadnia działania bez oczekiwanego zatwierdzenia. Chodziło o przetrwanie Kościoła.

Utrecht i związani z nim kanoniści odpowiedzieli: nie można dopuścić do zaniku Kościoła.

Prawo do zachowania własnego Kościoła

Z perspektywy starokatolickiej właśnie tutaj znajduje się klucz do zrozumienia wydarzeń z 1724 roku. Nie twierdzimy, że papież nie miał żadnej roli w Kościele. Nie twierdzimy też, że konsekracja biskupa jest sprawą czysto prywatną. Twierdzimy natomiast, że Kościół Utrechtu posiadał historyczne prawa jako Kościół lokalny, a jego kapituła miała rzeczywiste, zakorzenione w historii prawo wyboru arcybiskupa.

Co ważne, nie jest to wyłącznie późniejsza starokatolicka legenda. Współczesne badania historyczno-kanonistyczne rzeczywiście analizują sprawę Utrechtu właśnie w kategoriach praw kapituły, statusu Kościoła lokalnego i możliwości konsekracji w sytuacji odmowy ze strony Rzymu. Archiwum Utrechckie zachowało dokumentację pokazującą, że już przed wyborem Steenovena kapituła argumentowała swoje prawo do wyboru własnego biskupa i rozważała możliwość konsekracji nawet bez rzymskiego potwierdzenia.

Dlatego z perspektywy Reformowanego Kościoła Katolickiego w Polsce możemy powiedzieć, że decyzja Utrechtu nie była samowolnym „buntowniczym” aktem jednego biskupa. Była decyzją Kościoła lokalnego, jego kapituły i jego duchowieństwa, poprzedzoną wielomiesięcznymi próbami uzyskania rozwiązania w ramach istniejącego porządku kościelnego.

Co więcej, decyzja nie została podjęta bez rozeznania. Zwracano się do Rzymu, proszono o potwierdzenie wyboru, poszukiwano biskupów gotowych dokonać konsekracji, konsultowano sprawę z kanonistami i teologami. Dopiero gdy wszystkie te drogi okazały się nieskuteczne, zdecydowano się na konsekrację Steenovena.

Później prawo się zmieniło

Historia Kościoła pokazuje zresztą, że prawo dotyczące relacji pomiędzy papieżem a Kościołami lokalnymi nie było niezmienne. W XIX wieku nastąpiła bardzo istotna zmiana w rozumieniu prymatu papieskiego, zwieńczona definicjami Soboru Watykańskiego I. W XX wieku została ona następnie wyrażona w sposób jeszcze bardziej jednoznaczny w skodyfikowanym prawie kanonicznym. Dopiero w Kodeksie z 1917 roku znajdujemy wyraźną normę, według której wybór biskupa jest zastrzeżony papieżowi, a biskup nie może konsekrować innego biskupa bez papieskiego mandatu. Dlatego nie można używać współczesnego kan. 1013 jako prostego argumentu przeciwko wydarzeniom z 1724 roku, tak jakby przepis ten obowiązywał w identycznej formie 200 lat wcześniej.

Nie oznacza to, że wszyscy katolicy w XVIII wieku zgodziliby się z argumentacją Utrechtu. Nie zgodzili się z nią przedstawiciele Rzymu. Ale właśnie dlatego wydarzenia te były przedmiotem tak poważnej debaty kanonistycznej. Był to spór o prawo Kościoła, a nie sytuacja, w której jedna strona świadomie łamała normę, której treść była bezdyskusyjna i identyczna z dzisiejszą.

Utrecht nie jest Écône

Z tego samego powodu nie należy utożsamiać konsekracji Steenovena z wydarzeniami w Écône z lipca 2026 roku. Wspólnym elementem jest konsekracja biskupów bez zgody papieża, ale kontekst jest zasadniczo różny. Steenoven działał w XVIII wieku, przed Vaticanum I i przed współczesną kodyfikacją prawa kanonicznego. Jego sprawa dotyczyła historycznych praw Kościoła Utrechtu, wyboru dokonanego przez kapitułę i pytania o możliwość zachowania ciągłości Kościoła lokalnego.

Współczesne konsekracje w Écône odbyły się natomiast w Kościele rzymskokatolickim, który posiada już zarówno określone przez Vaticanum I nauczanie o prymacie papieskim, jak i obowiązujące prawo kanoniczne wyraźnie wymagające papieskiego mandatu. To nie są więc dwa identyczne przypadki. Historia Utrechtu nie jest XVIII-wiecznym odpowiednikiem współczesnego Écône.

Co właściwie znaczy „niezależny katolicyzm”?

Osobiście nie przepadam za określeniem „niezależny katolicyzm”. Pojawia się ono wprawdzie w samookreśleniu niektórych Kościołów, ale samo w sobie jest terminem negatywnym: niezależny – tylko od kogo? Może przez to sugerować, że tożsamość takich wspólnot buduje się przede wszystkim w opozycji do Kościoła rzymskiego. Mnie osobiście najbliższy jest termin starokatolicyzm. Trzeba jednak pamiętać, że starokatolicyzm – rozumiany jako starokościelne myślenie o Kościele katolickim, jego synodalności, apostolskości, prymacie Kościoła lokalnego i komunii między Kościołami – jest znacznie starszy niż wydarzenia w Utrechcie sprzed 302 lat. Nie można więc powiedzieć, że w 1724 roku „powstał” starokatolicyzm. Powstała natomiast konkretna historyczna sytuacja, w której Kościół Utrechtu zaczął funkcjonować poza jurysdykcją Stolicy Rzymskiej, zachowując własną strukturę biskupią i swoją katolicką tożsamość.

Dlatego również terminu „starokatolicyzm” używamy w pewnym sensie jako nazwy historycznej dla szerszej tradycji, która nie rozpoczęła się w XVIII wieku. W literaturze anglojęzycznej coraz częściej spotykamy także określenia takie jak synodalny katolicyzm (synodal Catholicism), koncyliarny katolicyzm (conciliar Catholicism) czy ekstraordynaryjny katolicyzm (extraordinary Catholicism). Każde z nich próbuje uchwycić jakiś istotny aspekt tej rzeczywistości, ale każde ma również swoje ograniczenia. Dlatego, choć nie jest to określenie, które uważam za idealne, czasem posługuję się terminem „niezależny katolicyzm” – nie po to, aby podkreślać konflikt, zerwanie czy odcięcie od Kościoła rzymskiego, lecz aby wskazać na samorządność i autokefaliczność Kościoła.

Niezależność nie musi bowiem oznaczać konfliktu. Można z szacunkiem powiedzieć, że dana stolica czy jurysdykcja nie ma nad nami władzy, nie mówiąc przez to, że pozostajemy z nią w konflikcie. W pewnym, oczywiście niedoskonałym sensie można posłużyć się tutaj analogią do niepodległości państw. Państwo może w swojej historii walczyć o to, aby żadna obca stolica nie ingerowała bez jego zgody w jego własne sprawy lub wpływała na jego istnienie. Niepodległość nie oznacza jednak życia w izolacji. Niepodległe państwa tworzą przecież różnego rodzaju związki i wspólnoty, w których wspólnie uzgadniają prawa, zasady i kierunki działania, nie stając się przez to wzajemnie swoimi zwierzchnikami. Unia Europejska jest jednym z przykładów takiej współpracy suwerennych państw.

Podobnie jest z Kościołami autokefalicznymi. Autokefalia nie oznacza braku komunii, relacji czy współpracy z innymi Kościołami. Reformowany Kościół Katolicki w Polsce jest tego dobrym przykładem. Jesteśmy Kościołem autokefalicznym, a jednocześnie pozostajemy w komunii z Kościołami Ecumenical Catholic Communion. Samorządność oznacza więc dla nas przede wszystkim wolność i odpowiedzialność za własne życie kościelne, a nie konieczność budowania swojej tożsamości przeciwko komuś innemu.

To rozróżnienie jest ważne również wtedy, gdy patrzymy na wydarzenia w Utrechcie. Historia z 1724 roku nie musi być opowiadana jako historia prostego konfliktu „Utrecht przeciwko Rzymowi”. Była to przede wszystkim historia Kościoła lokalnego, który w sytuacji długotrwałego braku własnego biskupa i braku rozstrzygnięcia ze strony Rzymu uznał, że ma obowiązek zatroszczyć się o zachowanie swojego życia kościelnego. Możemy dzisiaj różnie oceniać poszczególne decyzje i ich konsekwencje, ale właśnie ten wymiar odpowiedzialności Kościoła lokalnego za własną katolickość jest jednym z najważniejszych elementów dziedzictwa Utrechtu.

Dlaczego pamiętamy Utrecht?

Konsekracja Steenovena doprowadziła ostatecznie do trwałego rozdzielenia Kościoła Utrechtu od Rzymu. Jednak przez kolejne dziesięciolecia Utrecht nie postrzegał swojej sytuacji jako stworzenia nowego Kościoła. Jeszcze długo podejmowano próby pojednania. Jak zauważa prof. Peter-Ben Smit, aż do XIX wieku wielu ludzi w Kościele Utrechtu postrzegało rozłam jako sytuację, która może zostać przezwyciężona. Dopiero późniejsze wydarzenia, szczególnie ustanowienie w 1853 roku odrębnej hierarchii rzymskokatolickiej w Niderlandach, a następnie Vaticanum I, doprowadziły do głębszej reorientacji tożsamości Utrechtu.

W 1889 roku biskupi Utrechtu, Niemiec i Szwajcarii przyjęli Deklarację Utrechcką, która stała się jednym z najważniejszych dokumentów współczesnego starokatolicyzmu. Odwołali się w niej do wiary i tradycji Kościoła niepodzielonego, a także do katolickiej wizji Kościoła zakorzenionej w pierwszym tysiącleciu.

Dla nas, w Reformowanym Kościele Katolickim w Polsce, Utrecht jest częścią tej pamięci. Nie dlatego, że jesteśmy organizacyjnie częścią Unii Utrechckiej – nie jesteśmy. RKK należy do Ecumenical Catholic Communion, która sama określa się jako wspólnota posiadająca starokatolickie dziedzictwo i przyjmująca starokatolicką eklezjologię. Kościoły utrechtu, niezaleznie jak postrzegają nas, zawsze będą dla nas najbliższym rodzeństwem – ale sami wiecie, jak to bywa w domu wśród rodzeństwa. Oby Jezus, głowa Kościoła, pomógł nam się żbliżyć!

Dziedzictwo Utrechtu jest jednak szersze niż jedna organizacja. ECC podkreśla szczególnie starokatolickie rozumienie jurysdykcji: Kościół jako całość posiada odpowiedzialność za swoje życie, a biskup otrzymuje swoją posługę od Kościoła i jest przed nim odpowiedzialny. Władza jest rozumiana jako służba i odpowiedzialność, a nie jako prywatne prawo. To właśnie sprawia, że historia Utrechtu jest dla nas czymś więcej niż historią sukcesji apostolskiej. Jest historią pytania o to, czym jest Kościół.

Czy Kościół lokalny posiada rzeczywistą podmiotowość? Czy biskup jest właścicielem Kościoła, czy jego sługą? Czy katolickość oznacza centralizację i jednolitość, czy raczej komunię wielu Kościołów? Jak zachować apostolską ciągłość, kiedy zmieniają się warunki historyczne? I w jaki sposób tradycja może być żywą pamięcią, a nie jedynie zbiorem dawnych przepisów czy zwyczajów?

Ostatnia lekcja Utrechtu

Dlatego w Miesiącu Dumy Starokatolickiej nie chcemy kończyć tej historii prostym stwierdzeniem: „Utrecht miał rację, a Rzym się mylił”. Historia Kościoła jest bardziej złożona. Chcemy natomiast powiedzieć: Utrecht miał poważne podstawy, aby uważać, że jako Kościół lokalny posiada prawo do przetrwania i zachowania własnego życia. Jego kapituła odwoływała się do praw historycznych, konsultowała sprawę z kanonistami, przez wiele miesięcy próbowała uzyskać zgodę Rzymu i dopiero w sytuacji przedłużającego się kryzysu zdecydowała się na konsekrację własnego elekta.

Dla nas konsekracja Cornelisa Steenovena pozostaje więc świadectwem czegoś najwazniejszego: Kościół lokalny jest rzeczywistością, która ma własną godność, odpowiedzialność i życie. Biskup jest ustanawiany dla Kościoła, a nie Kościół dla biskupa. Sukcesja apostolska nie jest własnością jednej stolicy, lecz darem przekazywanym dla dobra wspólnoty i zbawienia jej członkiń i członków.

302 lata temu kapituła Utrechtu stanęła wobec pytania, czy pozwolić, aby jej Kościół przestał istnieć, czy też podjąć ryzyko działania w obronie jego ciągłości. Wybrała to drugie.

A człowiekiem, który podjął ryzyko wraz z nimi, był Dominique-Marie Varlet – francuski kapłan, misjonarz z Luizjany, biskup Babilonu, człowiek, który znalazł w Niderlandach Kościół potrzebujący biskupa. To on 15 października 1724 roku włożył ręce na głowę Cornelisa Steenovena i wzywał Ducha Świętego, który buduje Kościół i ustanawia jego misję. Prawdopodobnie nie wiedział wtedy, że jego decyzja będzie miała konsekwencje dla Kościoła przez następne trzy stulecia.

Dzisiaj, jako starokatolicy z Reformowanego Kościoła Katolickiego w Polsce, patrzymy na Utrecht nie tylko jak na wydarzenie z przeszłości, lecz jak na część naszej własnej pamięci. Pamięci o Kościele, który chciał pozostać katolicki, zachować swoją apostolską ciągłość i żyć jako rzeczywista wspólnota. I właśnie dlatego Utrecht pozostaje jednym z naszych korzeni.

302 lata później – nadal jesteśmy Kościołem.

biskup Tomasz Jordan Puchalski
Reformowany Kościół Katolicki w Polsce