Kilka słów o Św. Wojciechu


Walczył z niewolnictwem i nierównym traktowaniem kobiet, próbował ograniczyć przemoc, choć sam stał się jej ofiarą. Doświadczył Europy dążącej do zjednoczenia przez wspólne wartości i przyjaźń… moglibyśmy pomyśleć, że to ktoś z XIX albo XX wieku. 23 kwietnia wspominamy jednego z najciekawszych świętych w historii Europy.

Mowa o Świętym Wojciechu, biskupie Pragi, misjonarzu, męczenniku i patronie Polski. Choć żył w X wieku, na terenach, gdzie dopiero wkraczała europejska kultura piśmiennictwa, wiadomości o nim obiegły całą Europę. Przyjaźnił się z władcami Cesarstwa Rzymskiego i rodzącej się Polski, z biskupami i zwykłymi ludźmi. Nie lubiła go jednak wciąż potężna elita, która wykorzystywała przemoc do utrzymania władzy, a zarabiała na podbojach i handlu ludźmi.

Wojciech urodził się w czeskiej rodzinie o bardzo wysokim statusie. Jego rodzice podjęli jednak decyzję, aby oddać go na służbę Bogu (później w jego ślady poszedł także młodszy brat, Radzym). Wojciech był świetnie wykształcony – uczył się w szkole katedralnej w Magdeburgu pod okiem znakomitego nauczyciela, biskupa Adalberta. To po nim przyjął na bierzmowaniu imię Adalbert, pod którym znany jest w krajach niesłowiańskich.

Był bardzo szanowany i ceniony wśród prezbiterium praskiego. Po śmierci biskupa tej młodej diecezji został jej następcą. I tutaj zaczynają się schody. Widział, że wielu jego diecezjan, choć podaje się za chrześcijan, to ich życie zupełnie o tym nie świadczy. Wskazywał, że ich prawo, choć obowiązuje od dawna, jest niesprawiedliwe, brutalne i nie ma nic wspólnego z Ewangelią.

Praga w czasach Wojciecha była jednym z największych europejskich rynków niewolników. Tam spotykali się handlarze ludźmi i ich kupcy. Słowiańskich niewolników nie tylko sprzedawano, ale wcześniej często kastrowano. Miasta takie jak Bagdad, Kordoba i wiele innych były pełne słowiańskich niewolników. Sprzeciw biskupa wobec tego procederu sprawił, że został zmuszony do opuszczenia Pragi. Zamieszkał wtedy w Rzymie, w klasztorze benedyktyńskim na Awentynie, gdzie pogłębiał swoją wiarę.

Po swego rodzaju rekolekcjach wrócił jednak do Pragi.

Wtedy znów spotkał się z niesprawiedliwością. Tłum próbował zabić kobietę, którą przyłapano na zdradzie męża (a przynajmniej o to ją oskarżono). Wojciech udzielił jej schronienia i próbował przekonać tłum do zmiany nastawienia, przywołując przykład Jezusa. Nic to jednak nie dało, tłum złamał azyl kościelny, wtargnął do świątyni i zamordował kobietę, a samego biskupa poturbował. Wojciech dla praskiej elity stał się wrogiem numer jeden, który wciąż wtrącał się w ich niechrześcijańskie interesy. Znów musiał opuścić Pragę.

W międzyczasie jedno z rodowych i politycznych stronnictw, posiadających ogromne wpływy w Pradze, wymordowało praktycznie całą rodzinę Wojciecha. Zgodzono się więc, aby nie wracał do swojej diecezji, i zaproponowano mu misję. Miał do wyboru kilka miejsc, wybrał pogańskich Prusów, którzy żyli tuż za granicą państwa jego przyjaciela z lat szkolnych, Bolesława.

Został serdecznie przyjęty (w Gnieźnie lub Poznaniu). Władca państwa gnieźnieńskiego wsparł jego misję i dał mu trzydziestoosobową straż. Gdy jednak cała wyprawa dotarła na teren dzisiejszego Gdańska, Wojciech wraz z braćmi, Radzymem i Benedyktem (prawdopodobnie tłumaczem), podziękowali wojom i sami popłynęli łodzią na teren, gdzie mieli głosić wiarę.

Opowieść mówi, że Wojciech nie zdążył nawet wysiąść z łodzi, gdy jeden z Prusów uderzył go wiosłem w głowę. Przeżył jednak i zagrożono mu, że jeśli nie odpłyną, zostaną zabici. Bracia po kilku dniach zostali wygnani z ziemi Prusów, jednak po krótkim czasie wrócili, głosząc Chrystusa.

Ich misja była odbierana jako próba ingerencji Bolesława, czego Wojciech raczej nie miał w intencji. Świadczy o tym fakt, że nie pozwolił płynąć z nimi jego wojom. Niestety druga próba zakończyła się tragicznie: po odprawieniu mszy w gaju, który okazał się świętym miejscem dla Prusów, Wojciech jako lider misji został zamordowany, a braci odesłano z wiadomością, że podobnie skończy każdy, kto będzie próbował ewangelizować.

Można by powiedzieć, że Wojciech, gorliwy i młody biskup, za życia nie odniósł sukcesu, ani w swojej diecezji, ani w misji. Jednak to, co zrobił w sercach ludzi, było potężne. Po jego męczeńskiej śmierci cała Europa była poruszona i bardzo szybko ogłoszono go świętym męczennikiem.

Bolesław zadbał o godny pochówek jego ciała, co wpłynęło na wzrost szacunku wśród „starych” narodów europejskich i postrzeganie państwa Bolesława Chrobrego jako wiarygodnego partnera. Wojciecha pochowano w kościele Najświętszej Maryi Panny w Gnieźnie, który następnie stał się katedrą św. Wojciecha i jego sanktuarium.

Jego brat, Radzym, został pierwszym arcybiskupem Gniezna. Dzięki temu zarówno Kościół w Polsce, jak i państwo Bolesława stały się dużo bardziej samodzielne, co w konsekwencji doprowadziło do uformowania się Polski. Właśnie dlatego Wojciech został uznany za jej patrona.

Można o Wojciechu napisać jeszcze bardzo wiele, jednak przede wszystkim powinniśmy pamiętać, że Bóg daje nam świętych, także świętych biskupów, liderów Kościoła, którzy stają się znakami Jego troski oraz znakami prorockimi, wzywającymi do odnowy i życia na wzór Jezusa: miłosiernego i dobrego, gotowego oddać życie za swoich przyjaciół i nieprzyjaciół. Bogu niech będą dzięki za tak wspaniałego bohatera wiary.

Serdecznie zapraszam na Liturgię Eucharystii w dzień św. Wojciecha, tj. w czwartek 23 kwietnia. Będziemy ją celebrować w Poznaniu, w kaplicy na osiedlu Powstańców Warszawy 9A o godz. 18:00. Podziękujemy Bogu za św. Wojciecha, ale też będziemy modlić się w intencjach bliskich męczennikowi: za Kościoły wśród Słowian, aby były wierne Ewangelii, za ofiary handlu ludźmi, o sprawiedliwość dla wszystkich oraz za misjonarzy.

biskup Tomasz Puchalski