Czy te kości mogą ożyć? – rozważanie na oktawę Pięćdziesiątnicy


Ez 37: 1–14

Trzecie czytanie z liturgii Wigilii Pięćdziesiątnicy pochodzi z 37. rozdziału księgi Ezechiela. Pan wyprowadza proroka Ezechiela „w Duchu” na pobojowisko usłane ludzkimi kośćmi. Następnie nakazuje Ezechielowi prorokować do tych kości, czyli objawiać im wolę Pana. Przebieg tego prorokowania ujawnia wiele na temat ludzkiego losu oraz oddziaływania nań Ducha Świętego.

Wyschnięte kości to obraz martwoty i rozkładu. Wyrażają nie tylko śmierć fizyczną, ale – przenośnie – także wszelkiego rodzaju utraty, kresy i rozczarowania, jakie dotykają człowieka w ciągu życia.

Pan pokazuje Ezechielowi te kości w ich najbardziej beznadziejnym, pozbawionym życia stanie: rozkład już się zakończył, nic w nich nie przypomina ludzi, na których niegdyś się składały.

Konfrontując Ezechiela z tym drastycznym obrazem, Pan naucza, że drogą do przezwyciężenia każdej żałoby jest najpierw ujrzenie jej w pełni prawdy, w pełni jej skutków i zadanych strat, w pełni grozy. Jeśli zamykam oczy na to, co mnie spotkało, jeśli temu zaprzeczam, bagatelizuję to lub przeinaczam, tym samym odcinam się od drogi uzdrowienia, którą Pan chce mnie poprowadzić. Śmierć i rozkład nie opuszczą mojego życia. Będą nim zawsze sterować.

W dalszej kolejności, pod wpływem prorokowania, kości przyoblekają się na nowo w ciało. Wciąż jednak brakuje w nich życia. Jest to wizerunek jedynie połowicznego uzdrowienia.

Z pozoru godzę się ze swoją stratą i żyję dalej, ale działam machinalnie, bez zaangażowania, niezdolny (niezdolna) by znowu doznawać pełni uczuć i wkładać w każde doświadczenie całego (całą) siebie, albo zbyt przerażony (przerażona) tą perspektywą, ponieważ już wiem – każda komórka mojego ciała pamięta to aż zbyt dobrze – że nieuchronnie utracę to, na czym mi zależy, a ból utraty jest nie do zniesienia.

Z wierzchu wyglądam jak człowiek, ale moje wnętrze jest odrętwiałe i wyjałowione. Dopóki nie wkroczę znowu w sam środek życia, godząc się z ryzykiem i perspektywą rozstania, życie będzie mnie omijać. Będę tylko jego biernym pasażerem, a nie kierowcą; statystą, a nie głównym aktorem.

Również i ten etap zostaje przekroczony dzięki prorokowaniu Ezechiela. Duch wstępuje w obumarłe ciała, czyniąc je na nowo pełnymi, zdrowymi, gotowymi do życia i działania ludźmi.

Bóg obiecuje: Oto Ja otworzę wasze groby, wyprowadzę was z grobów, ludu mój. I spełnia  tę obietnicę w Jezusie Chrystusie, który przechodząc przez swój grobowiec z odpieczętowanym kamieniem, w niedzielę Zmartwychwstania własną ręką otwiera wszystkie nasze groby.

Dla Boga, który z miłości do stworzenia pokonał własną śmierć, nie ma takiej śmierci, której nie byłby gotów dla nas poskromić.

W świetle tej interpretacji, na święto Pięćdziesiątnicy wizja Ezechiela wskazuje na trzy prawdy.

  • Bóg dostrzega człowieka w każdej fazie śmierci i na każdym etapie rozkładu. Nie traci nas z oczu. Zawsze czuwa. Także tam, gdzie ja myślę, że nastąpił już koniec i nie ma odwrotu.
  • Bóg zaprasza do przyjęcia prawdy o swoim życiu we wszystkich jego bolesnych, dramatycznych, nawet odrażających aspektach. Spogląda na równinę pełną naszych kości i chce, byśmy patrzyli na nią razem z Nim, Jego oczami, przepełnieni Jego miłością. Zrozumienie własnej historii i własnego położenia, nazwanie swoich bolesnych doświadczeń, to początek procesu uzdrowienia.
  • Poprzez działanie Ducha, Dawcy Życia, Bóg wskrzesza wszystko, co martwe, i odzyskuje wszystko, co stracone. Aby to się jednak wydarzyło, niezbędne jest prorokowanie – czyli wsłuchanie się w wolę Bożą i otwarcie się na nią.

Bóg pyta Ezechiela: Synu człowieczy, czy te kości mogą ożyć?. To samo pytanie Bóg kieruje do każdego z nas.

Odpowiedź Ezechiela – Panie Boże, Ty wiesz najlepiej – jest też naszą odpowiedzią.

Może nie mieścić mi się w głowie, że po jakimś ciosie, po jakiejś gehennie jeszcze jest dla mnie droga powrotu do życia. Właśnie dlatego to nie ja decyduję o tym, czy moje kości mogą ożyć. Zamiast tego zawierzam odpowiedź Bogu i pozwalam Duchowi działać – czekając na Niego na swojej równinie lub w swoim Wieczerniku tyle, ile potrzeba, aż przyjdzie i wszystko odnowi.